Pstrąg w zielonej herbacie

 

 

Spapugowaliśmy przepis! Można by także powiedzieć że się mocno zainspirowaliśmy. Jamie Oliver jak zawsze wzbudził w nas potrzebę wykonania tego co on. Jest kilka takich osób w światku gastronomicznym, które jak zaczynają gotować na ekranie, to zaczynam się ślinić, moje kiszki zaczynają grać marsza, a jedyną myślą jaka przyświeca przez najbliższe godziny to – chcę-to-zjeść! I nie ma innego wyjścia, jak przygotować podobną sztukę.  

 

W zasadzie nie wypuszaczałabym tego przepisu w świat, po prostu zjadałabym rybę ze smakiem, rozsiadła się z nogami do góry w fotelu i była szczęśliwa z doznań smakowych. Jest tylko jedno ALE! Ryba była pioruńsko smaczna! I myślę że warto abyście także tego doświadczyli! Zatem mocno inspirowany przepis dla Was! Załączę także wideo źródłowe dla większej inspiracji!

 

Swoją drogą, kilka dni temu na fanpage’u koleżanki z blogosfery – Kasi z CookItLean.pl zawrzało. Okazało się, że jedno z największych wydawnictw w Polsce wydało książkę (czy też książeczkę) z m.in. przepisem szarlotki żywcem skopiowanym z bloga i książki Kasi. Zastanawiam się więc, gdzie kończy się granica inspiracji i dobrego smaku. Myślę, że osoby uwielbiające gotować inspiracji szukają na wielu płaszczyznach. Dla mnie są to książki i magazyny kulinarne, potrawy spożyte u przyjaciół lub w lokalach, podróże, rozmowy z ludźmi, popkultura – książki, filmy, teledyski. Bodźców jest wiele. Czasem receptury wymyślam sama, czasem bazuję na klasycznych przepisach i je modyfikuję, czasem zrżynam po prostu od innych (staram się wówczas nie publikować, bo po co w kółko coś powielać, chyba że jest to naprawdę sztosik). Jeśli kopiuję od kogoś – ZAWSZE podaję link lub odnośnik do autora. To jest po prostu kwestia pieprzonej uczciwości.

 

 

W zasadzie po to publikujemy przepisy, aby czytelnicy mogli się na nich wzorować. I aby czytelnicy mieli pewność, że dany przepis jest sprawdzony i na pewno będą usatysfakcjonowani. Zdarzało się wielokrotnie że widziałam przepisy publikowane na naszym blogu na stronach innych osób w niedługim odstępie czasu po naszej publikacji. Czasem nowicjuszy, czasem wśród wielkich bloggerów (to w sumie komplement że nas czytają:)). Cóż, taka jest siła internetów, że mamy do czynienia z dużą, swoistą intertekstualnością. Puszczając coś w sieć, to niejako przestaje być moje, zostaje oddane do użytku czytelników. I w sumie nie mam z tym problemu aby czytelnicy przetwarzali treść na swój PRYWATNY użytek. Jednakże kopiowanie przepisów przez wydawnictwo, niemal słowo w słowo to zdecydowanie pójście na łatwiznę i to w bardzo, ale to bardzo złym stylu. Jest to jawne czerpanie korzyści. W takim wypadku minimum obowiązku ze strony wydawnictwa to moim zdaniem podpis skąd zaczerpnięty został przepis. Czy to jednak brak świadomości ze strony wydawniczego potentata? Hm… niestety, nie sądzę.

 

Potrzebujesz:

  • Pstrąg (Jamie piekł łososia, więc z powodzeniem możesz wybrać jedną z dwóch)
  • Łyżeczka / saszetka zielonej herbaty
  • 1-2 ząbki czosnku
  • Łyżeczka oliwy z oliwek
  • Sól i pieprz

 

Opis:

Rybę natnij równolegle w kilku miejscach. Natrzyj szczyptą soli i pieprzu. Posyp herbatą, polej łyżeczką oliwy  i dokładnie natrzyj rybę, dbając o to aby znalazła się ona także w nacięciach. Czosnek poszatkuj w cienkie plasterki, które następnie włóż w nacięcia ryby. Rybę piecz w formie wyłożonej papierem do pieczenia, przez ok 20-25 min w temp 180C.

 

Na filmie Jamie pokazuje baaardzo interesujące dodatki do ryby. Zainspirujcie się! 🙂